
Wenecja to inżynieryjny cud świata – miasto stojące na milionach modrzewiowych pali, poprzecinane kanałami. Nie ma tutaj samochodów, a każdy porusza się pieszo, łódką lub motorówką. Szum fal morskiej wody zakłócany jest rytmicznym uderzeniem wioseł gondolierów, a jeśli poruszamy się na nogach, można się zgubić w labiryncie ciasnych uliczek oplatających wiekowe, nadżarte solą domostwa.



Przyznam, że naszą wycieczkę po Wenecji zrobiliśmy nieco „na pałę” – idąc po prostu przed siebie. Generalnie nie był to zły pomysł, bo aż do Mostu Rialto którym doszliśmy na Plac św. Marka udawało nam się ominąć tłumy turystów, z drugiej strony tego dnia było prawie 40 stopni, więc i tak byliśmy wykończeni.

Idąc nieco na oślep przez Ponte degli Scalzi, dotarliśmy do Ponte Ruga Bella gdzie wsiedliśmy w gondolę. Podróż trwała ponad pół godziny i prowadziła bocznymi kanałami, często w cieniu (dzięki czemu był przyjemny chłód) i z dala od zgiełku, pozwalając cieszyć się szumem wody.
Po zaliczeniu głównego punktu programu przyszła pora na obiad – wybraliśmy pobliską restaurację Al Bagolo, zamawiając klasyki w stylu Margherity i Carbonary – i trzeba przyznać, że jednak we Włoszech smakują one znacznie lepiej nawet w przeciętnej restauracji. Oczywiście w towarzystwie kawy.


Niestety, im bliżej placu św. Marka tym bardziej doskwierał upał – muszę przyznać, że dosłownie „odhaczyliśmy” ten punkt wycieczki i musiałem wręcz ciągnąć rodzinę, żeby zobaczyć Bazylikę św. Marka. Wynika z tego, że będzie trzeba jeszcze kiedyś zajechać do Wenecji, chociaż zdecydowanie nie w sezonie letnio-wakacyjnym, a przy połowę niższych temperaturach…
Wciąż zostało tam sporo miejsc do zwiedzenia, a nasza trasa „bokiem” pozwoliła znaleźć kilka ciekawych zaułków, czyli tego co w podróżach lubię najbardziej – odnajdywanie tzw. „hidden gems”.



Dodaj komentarz